Na początku pomyślałam, że mamy pecha, bo drobne incydenty zdarzają się przecież na każdym wyjeździe. Później, że któreś z nas nie zasłużyło sobie na przyzwoite wakacje:) Ale po którymś z kolei wyjazdowym kwiatuszku stwierdziłam, że COŚ jest z tym naszym wyjazdem nie tak, najpewniej ktoś nam go pozazdrościł, spojrzał „złym okiem” i najnormalniej „ociotował”…
Kołobrzeg powitał nas krzykiem mew i znudzonymi dzieciakami płoszącymi mewy i gołębie w szalonym biegu z kopniakami i wymachami opalonych raczek. Niemniej znudzeni rodzice gapili się przed siebie pustym wzrokiem nie reagując kompletnie na mordercze zamiary latorośli swoich.
Objechaliśmy kawałek miasta, nie znaleźliśmy ogródka, w którym moglibyśmy przysiąść i zjeść obiad, bo do mety nad morzem mieliśmy jeszcze prawie 40 km. Wróciliśmy więc na dworzec na niezdrową zapiekankę:) Cud techniki współczesnej, czyli GPS w telefonie (zamiast starej, dobrej MAPY) skierował nas na lewo od dworca, a tam, po paru metrach…ogródek na ogródku…Myślę sobie: mamy pecha, jak nic, ciekawe co nas jeszcze spotka…
Rano upał nieziemski, ale fale na półtora metra, wielkie kamloty kotłowały się przy brzegu – czerwona flaga żeby nikt takim kamieniem w łepetynę nie oberwał i wiatr. Wchodziliśmy do morza, a jakże:), ale „po kolana” – fale rzucały nami jak bojkami, przewracały, po nogach waliły kamieniami- pierwszy raz widziałam, jak kamienie wielkości pięści „pływały” w morzu i w co natrafiły, w to uderzyły.
Większe zostawały nieco głębiej, stąd zapewne zakaz wchodzenia dalej niż po kolana. Nie doceniwszy siły żywiołu, postanowiliśmy pójść brzegiem morza na długi spacer. Skróciwszy sobie drogę (nie chciało nam się obchodzić kutrów), padliśmy ofiarą jednej z takich fal… straciliśmy aparat i okulary. Ledwo odratowany portfel wyrwany został morzu w ostatniej chwili – jeszcze sekunda, dwie i moglibyśmy…wracać do domu. Na krechę…O humorach naszych pisać nie będę, mieliśmy wielkie szczęście, że skończyło się tylko na takich stratach. Musieliśmy też zweryfikować trasę wycieczki: wiadome już było, że po dwóch dniach „straconych” nie uda nam się objechać całych Kaszub…Postawiliśmy na Kaszuby Północne, z metą w Gdyni. W miarę potrzeb i wydajności trasa miała być modyfikowana.
Dzień bez żadnej „przygody” byłby jednak dniem straconym – dotarliśmy do Ustki, jednak nie mieliśmy noclegu. Poszukiwania rzeczonego zajęły nam dwie godziny: ok 22 dostaliśmy…pokój w piwnicy. Mimo przemiłej gospodyni i faktu, że w ogóle udało nam się znaleźć nocleg, stówka za pokój w piwnicy, ze wspólną łazienką to bardzo wygórowana cena… Padłam jednak na twarz i spałam jak zabita do białego rana. A rano…rano zaczęło się od błądzenia. Nie mogliśmy złapać azymutu na Lębork, chcieliśmy uniknąć jazdy szosą, jednak drogi rowerowe czy leśne były tak fatalnie oznakowane, że kręciliśmy się w miejscu. Kolejne wybory dróg były coraz to gorsze: choćby 10-cio kilometrowa ścieżka ROWEROWA przez las drogą…rozoraną przez ciężki sprzęt leśny, a co za tym idzie – piach po kostki, nie do przejechania, przynajmniej dla mnie. No to prowadziłam ten nieszczęsny rower obładowany sakwami… Założeniem było zrobienie 70 km i dotarcie do Lęborka w okolicy 16 godziny, kąpiel, dni Jakubowe i zwiedzanie. O 16 byliśmy dopiero…40 km od Lęborka (przejechane 57 km!!!), tyle czasu „kołowaliśmy”bezsensownie po okolicy. Tu z pomocą przyszedł nam przemiły Pan Kierowca, który zgodził się zapakować mój obtarty tyłek do samochodu, na pakę wrzucić rower i przetransportować mnie do Lęborka. Połowa ambitnie chciała pedałować dalej:) Przezornie w piwnicy ustkowego domu zarezerwowałam nocleg:) Doprowadzona pod drzwi Zajazdu (według informacjo noclegowej 3,6 km od Lęborka) pierwsze co zrobiłam, to wzięłam prysznic. Brałam go chyba z pół godziny:) żeby zrzucić z siebie kurz podróży. Regeneracja trwała jakąś godzinkę, dostałam info, że do celu Połowie mojej zostało 10 km i mam się zbierać, bo jedziemy na kolację:) Moje obolałe siedzenia nadzwyczaj dobrze przyjęło siodełko pod sobą:) po czym popedałowałam do Lęborka….całe 8 km!!! Szlag myślałam że mnie trafi: te 3,6 km to było do tabliczki z granicą miasta…resztę dostałam gratis. Lębork okazał się przeuroczym miastem, z wzorcową ścieżką rowerową! Po mieście krążyły ekipy międzynarodowych artystów, prezentujące między innymi taniec i muzykę – ekipa hiszpańska z cholernie przystojnymi chłopakami i pięknymi dziewczętami w tradycyjnych czarno – czerwonych kolorkach tańczyła na lęborskim bruku przy akompaniamencie gitary i ludzkich rąk klaszczących w rytm kołysania bioder tancerki – pięknie i zmysłowo:) W pizzerii Olivka zjedliśmy bardzo smaczna, gigantyczną pizzę i raczyliśmy się sokiem ze świeżych owoców – pycha, polecam każdemu, kto Lębork odwiedzi:) Późną nocą wracaliśmy do Zajazdu.
Rano po jajecznicy na śniadanie (nawiasem mówiąc najdroższej jajecznicy w moim życiu, ze złotych jaj chyba robiona…) wróciliśmy do Lęborka. Do wyboru mieliśmy: na rowerach do Gdyni, Gdańska lub lajtowo, autobusem do … Łeby:) W mieście było potwornie gorąco, wybór padł na Łebę. Wcześniej trzeba było jednak zarezerwować pociąg do Poznania. No to poszliśmy na dworzec, a ten w remoncie. Przed dworcem stał kontener (taki jak na budowach mają), a w nim kasy, malutka poczekalnia i WC. Chcieliśmy kupić bilet na jakąś przyzwoitą godzinę, bo w południe następnego dnia musieliśmy być w domu, Dziecię wracało z obozu. Po kolei odpadały nam pociągi, nie mogliśmy dostać biletów na rowery…W końcu system sprzedał: pociąg z Lęborka o…4.50! Pani nie przyjęła karty – płatność gotówką. Najbliższy bankomat… w centrum Lęborka! O zgrozo!!! Kaziu na rower i hajda z powrotem do miasta, bo dworzec na uboczu leży. Ja poznawałam okolice. Zastanawiałam się co będziemy robić – nie opłacało nam się już brać noclegu, nocne atrakcje w Lęborku też kończyły się o „przyzwoitej porze”:) Póki co postanowiłam pojechać do Łeby i korzystać z pięknej pogody. Kiedy bilety były już opłacone, a my mieliśmy przynajmniej zabezpieczony powrót do domu, ruszyliśmy do Łeby. Po wyjściu z autokaru powitał nas chłodny wiaterek i humory nam wróciły. Szybki rekonesans, azymut na plażę, a tam zimne pifko, muszelki, piasek tak drobny, że trudno było dopatrzeć się pojedynczych ziarenek:) Woda ciepła, morskie dno jak podusia mięciutkie – miła odmiana po kamieniach w Chłopach. O 17 z wielkiej sceny z kawiarnią i bistrem huknęła głośna muzyka, co skutecznie wykurzyło nas z plaży. Od jajecznicy minęło już trochę czasu, więc poczuliśmy ssanie. Miałam ochotę na tradycyjne danie kaszubskie, ale oprócz czerniny i kiszki ziemniaczanej w przyzwoitej cenie serwowane były dania nie na naszą kieszeń. Stanęło więc na rybie. Mieliśmy szczęście, rybka była smaczna i świeża, zupełnie taka jaką jedliśmy w Chłopach – tam kupowaliśmy rybę prosto z kutra i sami przyrządzaliśmy na późną kolację – restauracyjne nie umywały się do naszych ani smakiem, ani ceną:) Każdemu, komu nie straszne poświęcenie godzinki w galotkach przy kuchni na wakacjach polecam samodzielne smażenie ryb „prosto z kutra”:) Po kolacji poszliśmy obejrzeć miasto, a wieczorem nad kanał portowy.
Łeba o zmroku (jak każde nadmorskie miasteczko) jest bardzo głośna, co bywa uciążliwe: kakofonia głośnej muzyki, z każdej knajpy innej, rozbawieni wczasowicze po siódmym, ósmym czy dziewiątym piwie „śpiewający” karaoke – bezcenne:) Ale bardzo męczące – uciekliśmy, chcąc słyszeć własne myśli…Na plaży kolejna atrakcja – lampiony. Tego kto dał zgodę na sprzedaż tego badziewia nad morzem, powinni skazać na sprzątanie w czynie społecznym – rano zastanawiały nas kolorowe „szmaty” wiszące na drzewach, walające się po wydmach, krzewach czy poboczach dróg – w lasach zapewne było tego więcej, bo wieczorem lampiony leciały w głąb lądu. Wieczorem już wiedzieliśmy skąd te wątpliwe ozdoby: wczasowicze na potęgę puszczali w niebo kolorowe lampiony, a te trochę leciały, a potem opadały powoli i lądowały tam, gdzie je wiatry zaniosły. Fajne, tylko szkoda, że nikt tego nie sprząta, a sprzątanie kolorowych szmatek z wierzchołków sosen do łatwych zapewne nie należy.
O 23 mieliśmy powrotny autokar do Lęborka – zdążyliśmy. W Lęborku, jak już pisałam, życie towarzyskie kończy się o „przyzwoitej porze”, tak więc o północy zamykana jest ostatnia knajpka. My mieliśmy szczęście – na Staromiejskiej znaleźliśmy pub, a w nim gości z pełnymi jeszcze szkalnicami. Przemiły barman podał nam pomidorowa zupę i herbatę – mimo późnej pory i „zamkniętej kuchni”. Międzynarodowe towarzystwo dopełniało szklanice i kieliszki, robiło się coraz głośniej, zabawniej, zawiązywały się nowe znajomości, choć powątpiewam, czy rano co niektórzy pamiętali z kim się bratali:) My nie chcąc odstawać również napełniliśmy szklanice (nie, nie herbatą:)) i tak prześmialiśmy się do 3 w nocy. O tej porze barman uznał, że „wszyscy mają dosyć” i zamknął bar, co skłoniło rozbawione, acz chwiejne towarzystwo do wyjścia. Porozmawialiśmy jeszcze trochę z barmanem i również się pożegnaliśmy. Chcąc zyskać na czasie prowadziliśmy swoje rowery na nieszczęsny dworzec. W pewnym momencie poczuliśmy zapach…chleba. Nosy doprowadziły nas do piekarni, która o dziwo drzwi miała otwarte:) A w piekarni, jak to w piekarni, ludzie pracę zaczynają ze świtem, żeby reszta gawiedzi miała na 6 rano ciepłe bułeczki i ciacho do pracy:) Uprzejmie zapytaliśmy, czy sprzedadzą nam bułki o tak barbarzyńskiej porze, a Oni uprzejmie sprzedali.:) Zadowoleni, przegryzając buły, prowadziliśmy rowery dalej. Na dworcu byliśmy o 4. Było zimno, byliśmy mocno zmęczeni – pół godziny chodzenia w tą i z powrotem, potem padłam i urwał mi się film ze zmęczenia. Drzemałam chwilę, wsparta na ramieniu Połowy mojej, po czym DING DONG – Pani zapowiedziała pociąg do Poznania. Władowaliśmy się z dobytkiem, pociąg oczywiście bez wagonu dla rowerów – zostawiliśmy je odpowiednio zabezpieczone na końcu ostatniego wagonu, a sami poszliśmy…spać. Tym razem zamykany przedział z wygodnymi, szerokimi, welurowymi siedzeniami, czysta toaleta, plisowane firanki:) Padłam i spałam do 9. W poznaniu oczywiście nie szło wydostać się z peronu inaczej niż w niedozwolonym miejscu, czyli przejściem służbowym. Swoją drogą zastanawiałam się, jak to jest, że w dobie budowania przejść dla niepełnosprawnych, z których korzystają nie tylko ludzie na wózkach, ale tez matki z wózkami swoich dzieci czy rowerzyści, kiedy dworzec jeszcze „pachnie świeżością”, nie ma żadnej platformy dla jakichkolwiek pojazdów kołowych??? Brak wyobraźni? Na tę przypadłość jeszcze długo chorować będą nasi włodarze i ci lokalni i ci u szczytu…Nas czekało jeszcze ponad 20 km do przejechania. Nad Rusałką wypiliśmy kawę i zjedliśmy śniadanie, po czym popedałowaliśmy dalej. Zdążyliśmy jeszcze wykąpać się, rozpakować, wstawić pranie i pojechać po Dziecię które z bydgoskich lasów wróciło wielce zadowolone, z mieczami własnej roboty, książeczką harcerską i zdyscyplinowaniem, które miło mnie zaskoczyło:)
Wnioski, a właściwie spostrzeżenia z podróży mam cztery:
1. brakuje nam w Polsce rowerowych ścieżek, takich wygodnych, gdzie można spokojnie i bezpiecznie dojechać z miejsca na miejsce, a nie mordować się w piachu i kurzu – gdybyśmy jechali z dziećmi, mielibyśmy nie lada kłopot w kilku miejscach, bo dzieci, nawet te starsze, fizycznie nie dałyby rady pokonać niektórych fragmentów takich „ścieżek”.
2. ścieżki są fatalnie oznakowane: na początku i często tylko na końcu, a między nimi, choć ścieżka wielokrotnie się rozwidla, nie ma żadnego znaku…jedzie się więc intuicyjnie, nie zawsze dobrze, więc się błądzi…
3. stan polskich kolei, braku wjazdów na perony dla rowerów, fatalna stan informacji i nieaktualizowanie ich w Internecie wprowadzają bałagan i niedogodności, które skutecznie zniechęciły nas do takich wycieczek z przejazdami koleją. Taniej, wygodniej i bezpieczniej będzie zakupić relingi na rowery. Wtedy jesteśmy niezależni, i jedyne co nas będzie ograniczać, to potrzeba powrotu w miejsce zaparkowania samochodu:) Ale to już tylko kwestia organizacji wycieczki.
4. jest DROGO i tandetnie. Tandeta na straganach, jakby codziennie w każdym mieście jarmark się odbywał: cymbergaje, migające maszyny do gier, za głośna muzyka, plastikowe niewiadomoco na każdym straganie, a wszystko Made in China…
Ryb bałam się jeść w knajpach (prócz Łeby, ale tu zachęciły mnie dyskretnie puszczone szanty, i państwo, którzy żegnali kelnera mówiąc „do jutra” – znaczy się wracają, a jak wracają, to smacznie karmią:)) Rodzinka opowiadała, jak raz w Chłopach zamówili dorsza, a ten nie nadawał się do spożycia – stówka na 4 osoby to minimum, a jedzenie w większości poszło do kosza. Kupowali pierogi, mimo że mrożone i z Biedronki, zapewne zdrowsze niż ten dorsz… Lody w miarę bezpieczne, gofry jak zwykle nad morzem BEZBŁĘDNE:))) Co do obiadów, to kupując z kutra 3 dorsze i 2 flądry (filetowane sprawnie przez wprawnego rybaka) zapłaciłam 30 złociszy, a mieliśmy z tego 6 dużych filetów i dwie ryby. Do tego sałatka ze świeżych pomidorów, kiszonych ogórków, cebulki i pietruszki, sos zrobiony „na szybko” na bazie naturalnego jogurtu, czosnku i pietruszki i za 60 zeta był TAKI obiad. Straciłam godzinkę, ale dostałam zaszczytny tytuł nadwornego kucharza i po dwóch dniach pichcenia obiadów zaproponowano mi dalszy darmowy pobyt i zapisy na przyszły rok za free – starczy żebym obiadki gotowała:) Zapytano mnie również na kiego grzyba mi tytuły i studia, skoro na gotowaniu biznes lepszy bym zrobiła:) No nie wiem, może kiedyś, tak jak Jagoda porzucę karierę i zarzynanie się przy budowie kraju swego na rzecz pichcenia gdzieś w podobnej Chacie w górach, lub nad morzem?…
Ale dość już narzekania, było minęło, jesteśmy bogatsi o nowe doświadczenia, lżejsi o…no własnie, ja tylko kilogram(!), aparat w naprawie (może się uda…), pupa zagojona:), zakwasy zeszły, kawał świata zwiedzony, nowi ludzie poznani. Czas planować kolejną podróż:), wszak wakacje jeszcze trwają, dni ciepłe, trzeba więc korzystać.
Na koniec będzie bardzo poważnie – tego nie miało być, ale ostatnie wydarzenia, bardzo tragiczne, skłoniły mnie do powiedzenia na głos o pewnej kontrowersyjnej umiejętności: to umiejętność pływania, a właściwie …topienia się. Kontrowersyjna, bo zwykle ludzie uczą dzieci (i sami się uczą) jak pływać i zwykle są to starsze dzieci. Tylko że z tym pływaniem to różnie bywa, czasem nas skurcz chwyci, czasem spanikujemy, czasem woda nas zaleje…Na filmik trafiłam na początku wakacji, próbowałam sama tak dryfować i od razu mówię – nie jest to proste, człowiek intuicyjnie przewraca się na brzuch, a na brzuchu to już musi umieć pływać – na plecach NIE MUSI – wystarczy, że sobie LEŻY. Minusy – nic nie widzi, tylko niebo nad sobą. Plusy? Nie męczy się, może oddychać, opanować myśli, może wołać o pomoc, może przeżyć…mam kartę pływacką, ale mam słabe ręce i płuca, zwłaszcza teraz, kiedy nie ćwiczę. Poza tym nie pływam jak woda zaleje mi twarz i oczy – nie mogę ich otworzyć bez przetarcia, a wtedy „idę po wodę”. Zamierzam więc poćwiczyć umiejętność dryfowania nawet jak wpadnę do wody – nie pływania, a właśnie wypłynięcia na powierzchnię i za wszelką cenę obrócenia się NA PLECY, a potem dryfowania i wołania o pomoc, lub bezwysiłkowego niemal, powolnego dopłynięcia do brzegu. Trzeba opanować jednak panikę i chęć obrócenia się na brzuch, żeby cokolwiek zobaczyć. To trudne – próbowałam. Tego samego nauczę mojego Syna, on na obozie próbował i też potwierdził, że łatwe to nie jest… Ta metoda uczy maluchy jak zachować się w przypadku wpadnięcia do wody, basenu na przykład. Moim zdaniem z powodzeniem może być stosowana również u starszych dzieci czy dorosłych i uczenia ich jak utrzymać się na powierzchni wody kiedy do niej wpadniemy, zabraknie nam sił na powrót, złapie nas skurcz czy w innym przypadku.
Poniżej fazy tonięcia i czas jaki temu towarzyszy. Zwykle są to max 3 minuty…Później filmik – dziecko dryfowało…ponad 5 minut, zanim zostało wyłowione z wody. Dryfowałoby tak drugie tyle albo i dłużej, ale nie chciano malca bardziej stresować. Filmik na pewno Wam się przyda, może ktoś skorzysta, może ktoś dzięki temu nie utonie…
” Ludzie, którzy się topią, mogę nie być w stanie wezwać pomoc, ponieważ zużywają całą swoją energię do oddychania lub utrzymania głowy nad wodą. Ponadto, jeśli woda dostanie się do dróg oddechowych, może dojść do skurczu, przez co trudno jest wołać o pomoc.
- Po pierwsze, człowiek wpada w panikę, a następnie zanurza się z wstrzymywaniem oddechu. Potem pojawia się kilka niespodziewanych oddechów – (około 4-16 s.) Pojedyncze wdechy spowodowane działaniem zimnej wody na końcówki nerwowe. Faza ta może nie wystąpić w wodzie ciepłej.
- Świadomego oporu – (od 0.5 do 1 minuty, u osób wytrenowanych do 2 min.) Osoba tonąca świadomie wstrzymuje oddech. Okres ten kończy się wraz z przekroczeniem progu pobudliwości ośrodka oddechowego przez ilość dwutlenku węgla we krwi. Wstrzymanie oddechu trwa tak długo, aż zgromadzony dwutlenek węgla stanie się przyczyną pobudzenia środka oddechowego i wznowi oddychanie.
- Wznowienie oddechu – broniąc się przed przedostaniem się wody do płuc tonący zaczyna ją połykać. Wydatne ruchy oddechowe – (od 60 – do 150 s.) Silne wdechy i wydechy podczas których woda dostaje się do dróg oddechowych i płuc. Połykanie wody trwa tak długo, aż żołądek wypełni się wodą i dojdzie do wymiotów. Niedotlenienie organizmu powoduje utratę świadomości, zwiotczenie mięśni i w końcu zalewanie wodą płuc. W trzeciej fazie, wraz z wodą dostają się do płuc i przenikają do układu krążenia okrzemki.
- Zamartwica – (1 – 1.5 minuty) Zatrzymanie czynności oddechowych. Utrata przytomności może się rozpocząć w ciągu trzech minut przebywania pod powierzchnię wody. W mózgu mogą powstać szkody, już jeśli jest pozbawiony tlenu przez ponad sześć minut. Serce może przejść do nieregularnego rytmu, który nie pozwala na pompowanie krwi, jeśli jest pozbawione tlenu dłużej niż kilka minut.
- Oddechów końcowych – (0.5 do 1 minuty) Okres skurczów i krótkich, nieregularnych oddechów połączonych z drgawkami tonicznymi.






























Jakbym czytała książkę Chmielewskiej ! 🙂 Nawet złapałam się na oczekiwaniu na typową dla Chmielewskiej Zbrodnię :))) Mordu na szczęście nie było 😉 Za to opis faz utonięcia zrekompensowała brak kryminalnego dreszczyku ! Co do "Baby Swimming Survival" to zastanawiam się tylko jak nauczyć malucha tak pływać? Nasza Sprężynka chociaż uwielbia wodę, zanurza sama głowę i ciągnie ją niezmiernie do basenu to niestety na jakiekolwiek rozsądne, zaplanowane ruchy jest jeszcze za mała 🙁 Ani trochę nie pojmowała czego próbujemy ją nauczyć :/ Ten sposób zdałoby chyba egzamin tylko u bardziej rozumnych dzieci 😉 i u maluchów wrzucanych do wody od samego porodu.
Zastanawiałam się, czy wklejać ten opis-kontrowersyjny bądź co bądź, jednak nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że ludzie tonący (ja też kiedyś tonęłam, wyciągnięto mnie dosłownie za włosy…)robią właśnie ten błąd, że próbują się sami ratować i robią to "w pionie", a to jak się okazuje błąd! Trzeba ratować się "w poziomie" i to tylko na plecach, bo inaczej może się nie udać. Co do nauki pływania dzieci, trzeba zacząć od najmłodszych lat, kiedy dzieci uczą się instynktownie i nie boją się wody. Ta metoda jest uznana za kontrowersyjną, ale rezultaty ma niesamowite, bo obrót na plecy staje się odruchem niemal bezwarunkowym. Rodzic niewielu rzeczy może nauczyć swoje dziecko, bo ono zawsze będzie traktowało to jak zabawę, a kolejne polecenia jak pretekst do zabawy w kotka i myszkę:) Może basen i nauka dwójki dzieci naraz? Tylko nie wiem, czy u nas uczą tą metodą:)
Trza podrasować:)
Ja też się młodo czuję, ale ciało nie nadąża!
Ożesz… przeczytałam z wypiekami. Macie odwagę, i bardzo dobrze. Dzięki temu mogę czytać i się ekscytować. Gratuluję wyczynu, bo dla mnie to wyczyn!
Oj tam, zaraz odwagę, młodo się ciągle czujemy, ot co:)
Och przejść z krzywym losem nie zazdroszczę … ale zapachu morskiej bryzy w nozdrzach … szalenie !!!
Oj, pachniało:) Bateryjki naładowane.