Siła deszczu, czyli CZAS na niedoczas:)

Rano wita nas słoneczko. Codziennie niemal. Gorąca kawa, szybkie śniadanie, wyprawienie Dziecka do szkoły, potem spacer z psem, ogarnięcie tego i owego, pierwsze telefony (!) w najrozmaitszych sprawach i jazda do biura. W biurze jak to w biurze, biurowa robota:) Sporo ogrodowo – terenowych spraw ciągnie się ogonem, więc od czasu do czasu spoglądam tęsknym okiem na białe obłoczki sunące po błękitnym niebie i słoneczko nadające zielonej trawie i zielonym drzewom jeszcze piękniejszego, zielonego koloru…ach, powinnam przesadzić krzew jaśminowca i buczka mojego, wysadzić ostróżki, bo mają już za mało miejsca w doniczkach…powinnam skończyć stół, ogarnąć w pracowni po ostatnim malowaniu regału… Koło południa niebo się „snuje” czyli nie jest już tak błękitne, zdecydowanie COŚ wisi w powietrzu. Jest ciepło, chwilami gorąco, duszno (wczoraj po południu lało niemiłosiernie, cała ta wilgoć paruje, trudno się oddycha – włączamy klimę:)), zamykamy okna. Sprawy, telefony, mapy, tabele…moc mrówczej pracy absorbuje dopóty, dopóki nie zauważymy, że trzeba światło zapalić, bo jakoś ciemno się zrobiło. Niebo ołowiane, ciężkie – zbliża się 15:) W ciągu godziny lunie deszcz. Może będzie też burza? I zaczyna się: najpierw powoli zacinają pierwsze krople bić z ukosa w szybę. Potem coraz mocniej i głośniej…w końcu niebo się urywa, a na ulice nagle spadają ogromne ilości wody, Źle wyprofilowana ulica i parking zmieniają się w jezioro. Całkiem głębokie jezioro. Patrzę przez okno jak ludzie usiłują dostać się do swoich aut, co bez kaloszy, często wysokich nie jest takie proste:) O 16 biuro się wyludnia. Dostaję info, że Dziecię wróciło ze szkoły, zjadło obiad i szykuje się na trening. Patrzę przez okno: leje. Może już nie tak wściekle jak przed chwilą, ale jednak leje. Pouczam o założeniu odpowiednich butów, kurtki przeciwdeszczowej, zabraniu parasola…Połówka próbuje załatwić jeszcze jakieś sprawy przez telefon, ale napotyka na ciszę w eterze: jest 16.30, czasem 17 – Urzędy już po domach, po Galeriach handlowych siedzą:) W biurze spokój, można załatwić sprawy, na które w ciągu dnia nie ma warunków:)Szybka decyzja, czy zabieramy pracę do domu, czy jeszcze siedzimy. jak siedzimy, trzeba paliwo uzupełnić i po pizzę zadzwonić. Jeśli robimy przerwę, w domu czeka kapuśniak i własnoręcznie upieczony chleb:) Uśmiech szeroki – jedziemy do domu. Zabieramy papiery, pakujemy dobytek i wracamy. W domu zapachy obiadowe wypełniają wszystkie zakamarki.  Po obiedzie kawa. Na dworze przestało padać. Wszystko jednak mokre…
 
 
 
 
Połówka znika w warsztacie – popracuje ze dwie, trzy godziny. Trawnik przypomina pole ryżowe…Chwasty się rozrosły do monstrualnych rozmiarów – doprowadzam do porządku te miejsca, które wyglądają najgorzej, na więcej nie mam czasu – Dziecię wróciło, tradycyjnie GŁODNE, trzeba nakarmić, przypilnować lekcji…Znikam w domu. Jak się uporam, będzie już ciemnawo, nic nie zrobię. O 21 dom się wycisza. Dziecię próbuje jeszcze dyskutować, przypomina sobie o supre hiper ważnych sprawach, ale wiem, że to tak dla zasady, bo fajnie nie spać jeszcze o 22:) Czasem ucinam dyskusję, czasem daję się wciągnąć… Kiedy w pokoju słychać sen, my siadamy do pracy. Jeszcze trochę poklikamy. W międzyczasie pogadamy, wypijemy herbatę, czasem winko:), zaplanujemy kolejny dzień, rozstrzygniemy sprawy, o których w ciągu dnia nie mamy czasu pogadać. Dzień kończy się różnie: czasem o północy, a czasem o drugiej w nocy. Czas spać. Rano o 7 znów zadzwoni budzik, znów aromat kawy łagodnie wyciągnie mnie z łóżka. Kolejny dzień ponownie przywita nas słońcem…

No tak to w skrócie wygląda. Czasami wyjeżdżamy, a nie siedzimy, zdarza się wyjazd na godzinę, czasem pół dnia, czasami na tydzień:) Jedyne co nie zmienia się w tych dniach to DESZCZ – wszędobylski, upierdliwy już koszmarnie – no bo ile może woda z nieba lecieć? Pytanie oczywiście retoryczne – może lecieć długo, nawet miesiąc cały:)
W weekendy mam trochę więcej czasu, albo tylko tak mi się wydaje, bo zwykle i tak nie wyrabiam ze wszystkim:) Jak wszędzie, bo pracowite kobietki szaleją na blogach i prześcigają się w pomysłach i wyrobach, mają wiele talentów, czasem aż nie wiadomo na czym się skupić:) Też tak macie? Zdolne ręce, lekkie pióro, wprawne oko fotografa, prace społeczne na rzecz  kotów, psów i innych czworonogów, wiedza i pomysły, dom, ogród, rodzina, praca…dla każdego coś miłego, każda swój talent i czar roztacza:)…tylko jak to zmieścić w jednej dobie? 🙂 Damy radę, Super Kobitki  w końcu jesteśmy:) No to dajemy:
 
 

Stawik doprowadzony wiosna do porządku odpłaca nam z nawiązką: dominuje kolor żółty, jedno przekwita, inne rozkwita. I tak żegnam się z kaczeńcami i turzycami, przekwitają kosaćce – te rosnące w słońcu szaleją i się pomału kończą, te w lekkim półcieniu pozwolą mi jeszcze kilka dni dłużej cieszyć się ich zapachem, kolorem i formą. Rozchodnik jak nie rozchodnik – posadzony nad wodą  (lubię poeksperymentować czasami:)) rośnie jak szalony i podbiera miejsce macierzance i skalnicy. Powinien sobie nie radzić, woli piach i suche skalniaki z południowa wystawą – a jednak rośnie! Mało tego, pokryje się za chwile setkami maleńkich, żółtych kwiatków – gwiazdeczek. Uwielbiam tą niepozorna roślinkę, przesadziłam ją do ogrodu z nieużytków przy torowisku:)
Na żółto kwitnie tez tojeść – ta rozesłana i bukietowa. Do kolekcji brakuje mi kropkowanej, nadrobię:) Bukietowa w pełnej krasie. Zdjęcie robiłam „z ręki”, czyli nie chcąc kłaść się na ziemi (mokrej bądź co bądź), ustawiłam sam aparat nad ziemią i widząc mniej więcej kadr – pstryknęłam. Czasami robię kilka takich zdjęć i wybieram najfajniejsze. Tym razem zrobiłam jedno i dopiero na ekranie komputera zobaczyłam to, co Wy z lewej strony fotki…ale wyszłoby zdjęcie!!! Nie mogę sobie darować tego braku poświęcenia – TAKA WAŻKA, a w kadrze tylko fragment skrzydeł i kawałek odwłoka…
 
 
Pojawiły się nieśmiało pierwsze kwiaty lilii wodnych…ich pełnia kwitnienia to spektakl stonowanego przepychu, iście arystokratyczne kwiaty:) Dodadzą elegancji każdemu założeniu wodnemu. Niczym baletnice z „Jeziora łabędziego” kołyszą się lekko na delikatnych falach:) Czyż nie są piękne?
 
 
 
Ozdobne czosnki zawiązują nasiona, stokrotki również – niech się rozsieją:) Stokrotki wysadziłam do gruntu, ich miejsce zajęły petunie. Jedynie bratki dzielnie się trzymają:)To, że ostatnio pogoda w KRATĘ (kratka to za mało:)), pozwoliło nieco wyhamować kwitnieniu. Nie wegetacji, bo rośliny dostawszy wody w nadmiarze poszalały na potęgę:) Wszystkie, bez wyjątki, nawet te niepożądane zwane potocznie chwastami:) Mam wrażenie, że w warzywnym ogródku chwasty rosną niemal w oczach – tam gdzie wczoraj odchwaszczałam, dziś maleńkie listki niepożądanych wyciągają się ku słońcu. Rogownica kutnerowata niczym dwóch wartowników przy wejściu na skalniak. ich białe chmury kwiatów pachną słodko – miodowo…CUDO!
 
 
Większość roślin jakie mam  zdobi ogród również bez kwiatów, a te, które są „zwykłe” staja się po przekwitnięciu zielonym tłem dla bylin czy jednorocznych letnich: mieczyków, ostróżek, floksów.
Wkrótce rozkwitną piwonie. Ich pąki przypominają bomby, jakby za chwile miały wybuchnąć:) Do startu przygotowują się krzewuszki, pęcherznice, żylistek, jaśminowiec, perukowiec. Ostróżki i róże pokolorują ogród zaraz po nich. W tym samym czasie – sądząc po pąkach – dołączą lilie i liliowce. Na przystawkę pójdą funkie – ich kwiaty nie przestają mnie zadziwiać, to przecudnej urody roślina! Tak pięknie rozświetlają cieniste zakątki, że nie mogę się napatrzeć:) Ach! W pełni kwitnienia powojniki! Mam ogromną chrapkę na większa ich kolekcję. Już liczę gdzie i ile poustawiać kratek w ogrodzie:)
 
 
Wielkimi krokami zbliża się moja obrona. Nie mogę przez to spać, mam wewnętrzny paraliż. Nie pamiętam, kiedy ostatnio zjadał mnie TAKI stres:) Na głowę spadło mi też kilka innych zadań i kłopotów ze zdrowiem – stąd rzadsze wpisy – mam nadzieję, że wybaczycie:)
Znów jadę na drugi koniec Polski. Znów na tydzień. Tydzień tym dłuższy, że pierwszy raz nie będzie mnie na urodzinach Dziecka:) Z życzeniami zadzwonię, z wyprawieniem trzeba będzie poczekać. Relacja z fotkami jak zwykle. Trzymajcie się, SŁONKA życzę!!!

PS. No tak, miało być też o chlebie:) Szybkim chlebie. Chlebie wypiekanym w dni deszczowe, albowiem w takie dni siła deszczu jest zbawienna dla domu:) Mam CZAS w swoim niedoczasie. Czas na różne cuda wianki. Na sprzątanie, na lekturę, na naukę (!) mam czas. Na dokończenie wszelakich prac wymagających dachu nad głową. Czas, który w słoneczną pogodę spędzam na ogólnie przyjętym „świeżym powietrzu”:). W czas deszczu kombinuję, jakby tu rodzince żywot polepszyć:) I oto znalazłam: DOMOWY, SZYBKI CHLEB!

Przepis poniżej:

 
Wiem, że w blogosferze krąży już od jakiegoś czasu i zaraża:) Do mnie przyszedł od Kretowatej i tak po nitce…:) Ja upiekłam żytni i pszenny – mój chlebowirus zaatakował niezwykle silnie – dziś z piekarnika wyszły cztery chlebki…dwa sprezentowałam, jeden zabieram na wyjazd, drugi zostaje. Żytni nie wyrasta tak jak pszenny, jest zbity, ciężki i wilgotny. Pachnie drożdżami, co osobiście uwielbiam! Pszenny jest puchaty i leciutki, znika w tempie ekspresowym.  Połówka w imię optymalizacji pracy i kosztów pieczenia zapowiedziała dokupienie foremek i na poważnie (i na głos!) rozważa postawienie pieca chlebowego. Przygotowanie ciasta zajmuje 5 minut, potem do nagrzanego piekarnika i po 45 minutach mamy gotowca, który po tygodniu nawet jest ŚWIEŻY i nie pleśnieje. Swój chlebek trzymam w piekarniku aż do wystygnięcia, razowy wyjęty zbyt szybko nie dopieka się i mamy zakalca:), pszenny natomiast krojony od razu zbyt mocno się kruszy. Dodałam  świeżych drożdży zamiast suszonych – 25 g na chlebek (1/4 kostki) i odrobinę (dwie łyżki) mleka kosztem dwóch łyżek wody:) Taka modernizacja:)
Po wystygnięciu chleby są BOSKIE!!! A ja jak się uporam z kociokwikiem uczelnianym, rozpocznę pracę nad chlebem na zakwasie:) I sesja zdjęciowa:
 
Żytni przed wypiekiem:
 
 
Żytni po wypieku. Czujecie jak pachnie?:):):)

Żytni w trakcie konsumpcji. Natychmiastowej niemal…

Pszenny po wypieku – na nim napis nie wychodzi:)

 
Zdążyłam pokroić, zrobić chlebową sesję i chlebek wylądował na talerzach w towarzystwie masełka, serka i ogrodowych sałat, rzodkiewki i szczypioru…Sesji brak z uwagi na szybkość w pałaszowaniu chlebowych specjałów bez konserwantów, ulepszaczy, spulchniaczy i innych „aczy” całkowicie ZBĘDNYCH w produkcji chleba:)

Miłego SMACZNEGO tygodnia!

PS 2: Post oczywiście wyszedł z tygodniowym opóźnieniem, bowiem na końcu świata na którym byłam Internet łączył tylko po to, aby za chwilę pokazać figę. Z wyjazdu wróciłam wczoraj wieczorem, na uczelni byłam, zmęczona jestem przeokropnie. Tydzień w buszu podmokłym:) obfitował w ogrom pracy i tyleż samo nauki. Chlebek na wyjeździe jadłam codziennie na śniadanie, mówię Wam Kochani, w piątek był jak świeżo kupiony!

Pozdrawiam i udanej niedzieli Wam życzę! Może na chlebek się skusicie?:)

15 komentarzy

  1. Za deszczem nie tęsknię, chociaż sprawił, że w Twoim ogrodzie wszystko pięknie rośnie, ale chlebuś mniam mniam :)))
    Pozdrawiam

  2. Ojej, przeczytałam wszystko od deski do deski, z łezką wzruszenia w oku, tak pięknie to opisałaś 🙂
    Dziękuję za dodanie linka, niezmiernie mi miło, że taką karierę mój niepozorny przepis zrobił. U mnie w domu już od długiego czasu nie ma kupnego chleba. Ponieważ mam bardzo mało czau, zakupiłam automat i w każdą sobotę piekę dwa chleby, na cały tydzień. Pozdrawiam i zazdroszczę tego pieca, jak już będzie 🙂

    • Ależ proszę:) Z tym piecem chlebowym to 2-3 latka sobie poczekam:) znając priorytety szanownej Połowy, więc spoko, póki co wystarczyć musi piekarnik:)

  3. Smakowity chleb ci wyszedł, jutro zamierzam piec swój:) Miło było znów coś od ciebie przeczytać:) Pozdrowienia

  4. Dzięki, lecę tam! Może ktoś odkrył Amerykę?

  5. Oj dzieje u Ciebie, nie co!!! Ale widać, że masz wszystko poukładane, i czas na chlebuś jest. Co do chleba – jeżeli smakuje tak jak wygląda to zazdroszczę:))) Piszesz, ze masz słonko i deszcz – ja mam sam deszcz! I to taki, ze moje pelargonie grzyba złapały, w ruch poszedł oprysk. Od wczoraj słońce na tyle, że przy wyrywaniu ogromnej ilości chwastów nieświadoma niczego ramiona spaliłam…
    Pozdrowienia słoneczne ślę!!!

    • Improwizacja czasami straszna i zakręcony zawrót głowy:) Ale lubię tak, mimo wszystko. Chleb jest prosty i smakuje tak, jak wygląda:) Namawiam na własny wypiek. To słoneczko to chwilami świeci, tylko się tak drażni z nami:) Buziaki:)

  6. Dzięki za podpowiedź pod poprzednim postem. W takim razie czas na forsycje teraz idealny – mokro i raczej pochmurno. A krety robią swoją krecią robotę. Żywołapki też przerabiałam, ale to raczej syzyfowa praca. Nie mam ogrodzenia z podmurówką, wokół pola zlane chemią, u mnie mają raj i zapewne skrzyknęły się tu z całego powiatu. Sprzątam z pokorą kopczyki, bo cóż mi pozostało?
    Dobrego tygodnia

  7. "Dam radę, dam radę, dam radę" – to mantra mojej córki. I daje. Ja już dałam; bez pampersów, za to z kartami na żywność i buty. Zawsze damy radę, tak mamy.

    • Bo w Super Babkach zawsze siła nieziemska się czai! Co miały nasze Prababcie powiedzieć! Nawet pralek nie miały, a do zagotowania każdego czajnika wody musiały w piecu rozpalić:)

  8. Podziwiam. Prawdziwy pracuś z Ciebie!!! Ja piekę chleb na zakwasie już półtora roku, jakbyś była zainteresowana to mogę podesłać przepis, jest wyborny i zawsze się udaje tylko długo wyrasta, i trzeba uważać by nie wyszedł z formy.

    • Oj, Haniu, jak długo wyrasta to nie dla takiego raptusa jak ja:) Ale przepis chętnie wezmę, jak chleb wyborny, to może i jak w cierpliwość się uzbroję:)
      Pracusiami jesteśmy wszyscy chyba, inaczej nie byłoby takiego tłoku w Blogosferze:)Twoje obrazki są przepiękne!

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*